środa, 10 czerwca 2009

kłąby

Gdy toczą się powoli, w rzędach: niższy posępny, ciemnoniebieski i szary, jak wałeczki, co zostają po ścieraniu ołówka gumką, i drugi pełen chwały, snujący się nad nim, anielsko złoty, widać dokładnie ich trójwymiarowość, i to, jak zakrzywia się w oddali ogromna przestrzeń, którą sobą wypełniają.
Jasne, puste niebo jest rozczarowująco płaskie, chodź piękne w barwie, jak ładne oczy głupawych dziewcząt.
Jednowarstwowe chmury są z kolei płaskie jak tektura, ale gdy ułożą się w różnych miejscach przestrzeni, widnokrąg staje się sceną, a akcja przyspiesza.
Liczy się każda sekunda, bo życia kłębiastych tworów trwają przez krótki moment, a ich natura to wieczne przepełzanie, podpełzanie, czajenie się, wtapianie się i przeobrażenia w coraz to nowe byty, w najcichszej ciszy świata i w najdoskonalszej harmonii.
Na dole jest człowiek, co się gapi i pokazuje paluchem.
Jedyny obserwator, którego mózg robi z tych tworów przetwory. I w dodatku łapie je aparatem fotograficznym. Dziwnie to jest pomyślane, ale chyba mi się podoba.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.