środa, 7 października 2009

pal system przez sen

A byl to jeden sen w trzech odsłonach. Da się tak.
Serial autoteliczny, scenariusz i rezyseria- ja, scenografia - ja, w roli głównej- ja, rzecz dzieje się- we mnie, czas akcji- zamyka się w 24 godzianach, akcja- jeden wątek główny - JA.
Jeden sen, ale trzy części.
Pierwsza, zasypiam o 19stej, na torbie, w torbie jabłka, wysypały się, ja leżę. Gniotą mnie nieznośnie w goleń, jabłka wielkie, twarde, zamknięty sok z deszczu, trzeszczące, papierowe jakby. Ani myślę zmienić pozycję, bo właśnie obserwuję sufit. Za oknem opatrzność w ciemności. Oto jestem w sadzie. Rozległym, zielonym, żółtym i zamek stoi, jak zawsze: wysokie budowle i państwa bez ustroju, kraje nieznane anarchistyczne, motyw przewodni w moich snach obawiam się, panie doktorze co to znaczyć może?
Rycerz na koniu, rycerz Roleks, rycerz z logo roleksa na przyłbicy, wojownik o bunt. Stan zagrożenia utrzymuje się. Pokoje, komnaty, korytarze, korytarze, pokoje, komnaty i hala sportowa, mur wysoki, ciemność obezwładniajaca, las półmroczny, dzikie pustki, pustki na drogach krzyżujacych się, w tle wzgórza, zbocza, pagóry i latawiec szary na granatowym niebie, czy tez na odwrót.
Bedzie wojna, bedzie!
Uwolnijcie mnie, bracia moi,chcę byc z wami, a nie mogę, bom skuta.. skuta lańcuchami. Gniotą nieznosnie.
Gniotą tak, że zarządzamy koniec pierwszej odslony, kurtyna w dól, powieki w górę.
Oto godzina 21sza, och zasnelam!!
Przewracam się na drugi bok śmiało, bo zdrętwiało mi ciało.
Trwa pościg, trwa zabawa, płonie trawa, niebieskim płomieniem płoną szczyty gór. Huk i wrzawa.
Radośc, wygrana, przegrana, ciezy się i płacze dziewczyna ułana. Mam obuwie sportowe, kiecę z zasłony, musimy uciekać, bo płoną domy. Alarm! Alarm! Jejku, rety! Lecz co to..
Kurtyna w dół, a w górę powieki..
ooo, sms... Sms i druga w nocy, druga to godzina jest po pólnocy, nie zdąże już chyba do zlotej karocy?
Czytam drugi raz, aha, rzeczywistość upomniała się o mnie, czy mam jej odpisać? Rzeczywistości nie przekupisz, nie przekonasz jej bajką o rycerzach, wzywa cię łypiąc ciemnym okiem łazienki, więc idziesz i robisz te wszystkie rzeczy z rędłem, mycznikiem, mydłem, ręcznikiem, jeden chuj.
Druga w nocy.
Zmęczenie tematem występuje, stan zagrożenia się utrzymuje.
Dostarczam pożywkę dla mikrobów umysłu, dostarczam im- a co! A Balladynę, pierwsze, co mi przychodzi do głowy, bo malinówki, jabłka malinówki widziałam napis na kartoniku, na straganiku, malinówki- maliny,
ręce miałaś na oślep
Skrwawione ich sokiem,
A co za tym idzie- Balladyna, razem z tą całą Aliną.
Toć głupia byłam, zachciało się ballady, wyszedł dramat wojenny.
Jedzie tabór, to jadą księżniczki, brzydkie, jak w "okropnościach wojny", każda ma kolana krzywe, a ryj paskudny jak ta noc październikowa.
Z przeciwka w szyku ustawiony przedziwnym, bo i w pionie i w poziomie, i po przekątnej nawet, na oko trzy tysiące rycerzy Roleksów się pyszni, błyska i brzęka stalą.
A ja co? A hehe. A ja ani tu, ani tam. Jest grupa, ba! jest narada, ja w grupie, ja w lesie- ja partyzantka!
Na łbie mam kosz wiklinowy, jakby abażurek, oto wchodzę na wysoką wieżyczkę-sosenkę, w tle zamek, dumny jego profil, a w wokół ptaszyska krążą czarne. Będzie nasz, będzie nasz ten pałac, nalezy nam się, nastała chwila prawdy, będzie dym, będzie wybuch, będzie przewrót, przewrót, wywrót będzie, będzie co?
Rewolucja?
A takiego wała!
I teraz ironiczny głosik rzeczywistości, zza swojego biureczka skrupulatnie nakłada cenzurę i karę stosowną uiszczę teraz. O łbie (i w łeb) myślący nie nam, nie nam!, gdzie ty myślisz (i w łeb), komu myślisz, a masz !
Rano jest.
Telefon: telefon w nieładzie, a na nim: internetowe połączenie, zachęca stroną główną, rozmaitością kusi usług, możliwości, jakoś tak od czterech godzin. I sms. I budzik się rozdzwonił, a jak rechocze, a deszcz za oknem jak stuka ochoczo, a szarość jaka przylgnęła raźno do szyby mglistym dżdżem, i szczerzy pożółkłe zębiska listowie podwórkowe, a ciemno!
A zimno!
A mokro!
A dobrze ci tak!
Balladyno z Ursynowa!
Roleksie ze środmieścia ty!
Ty pożalsięboże anarchistko z przedmieścia, pakuj torebeczkę, oko ze zrób, bo cię z metra wyproszą.
YYYYYYYYY następna stacja JednaRacja, następna stacja Korporacja.
Gazetkę? Poproszę, zawinę se głowę, zawinę się cała, i wepchnę w usta gałgana, to trzy sztuki wezmę od razu.
Ale co to??
Uśmiecha się zza stoliczka sroga rzeczywistość, czyli jednak wzięłą kopertę, a w kopercie: roleks.
A czmu wzięla, a temu wzięla: bo już nie mogła sama ze sobą, bo byla tak rzeczywista, że spać nie mogla, bo ją watpliwosci budzily.
Bo jej nie pomogly: zastrzyki, recenzje, pomniki, ani kwasne mleko.
Wzięła i śmieje się teraz, aż się ze śmiechu deszczem popłakała, i takim oto zdjeciem z pierwszej strony puszcza do mnie oko :

2 komentarze:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.